Friday, May 4, 2007

Tarta cytrynowa / Lemon cake

Dwa dni temu, w Dzień Flagi (nie wiem czy międzynarodowy dzień, czy ogólnopolski, ale myślę, że nie ma to większego znaczenia) odbyły się babskie plotki nad kawą i ciastkiem. A wiadomo, że nic tak nie łączy jak nowe smaki, więc przypadkowo obok ciastka czekoladowego wjechała tarta cytrynowa. Kwaśno-słodka, pyszna. I kawa po wiedeńsku. I refleksje… W zasadzie do tej pory nie wiem na czym polega fenomen tej właśnie znajomości: zero wielkich słów, zero zapewnień o chęci spotkań, a w sumie spotykamy się regularnie. Mimo iż łączy nas spora odległość. Z niektórymi natomiast podpisuje się pakt o przyjaźni, padają wielkie słowa i zapewnienia o dozgonnej sympatii, a jakoś tak mija już kolejny rok od ostatniego spotkania…
Ciekawe, prawda?

Z zupełnie innej beczki: ponieważ w niedzielę mam wystąpić w jednej z główniejszych ról na pewnym przyjęciu strzeliłam dziś sobie wizytę u kosmetyczki. Zupełnie kobiecą wizytę z różnymi kobiecymi bajerami. Wynudziłam się wprawdzie ogromnie, wysłuchałam zwierzeń pięknych pań, które chciały być jeszcze bardziej piękne i o mały włos nie spaliłam kolejnego lokalu… Było tak: panie lamentowały na bieg czasu, na niesprawiedliwość losu i inne podobne rzeczy, kiedy jedna z nic powiedziała: „Jakbym miała kupę kasy, wydałabym WSZYSTKO u kosmetyczki.” Ja natomiast na końcu języka miałam: „Jakbym JA miała kupę kasy wydałabym wszystko w księgarni”.
Konflikt interesów czy inny system wartości?
W każdym razie wyglądam przyzwoicie, choć kosmetyczka kazała przyjść po raz kolejny. Tak tragicznie z moją facjatą? :D


Two day ago I met my friend and of course we spent time gossiping , drunk coffee and ate some cakes. She tried lemon cake - very sweet, very sour and delicious. Like our acquaintance: we don't talk about friendship, but we meet quite often.

Monday, April 23, 2007

Tęsknota / Longing

Wróciłam właśnie z Zakopanego – stolicy Tatr. I jakieś takie dziwne uczucia mną targają…:
* złość – właściwie w górach nie ma już nic góralskiego, a szczyt tandety panoszy się nie tylko na Krupówkach czy Gubałówce,
* bezradność – bo w zasadzie wiem, że tandetyzacja gór postępować będzie dalej w tempie zastraszającym.
Ale mimo wszystko tęsknie do widoków ośnieżonych szczytów, do zapierającego w piersiach dech uczucia pokory wobec przyrody i małości człowieka.

I po tygodniu staram się wrócić do pracy… POMOCY!!!

Górale i Tatry na starych fotografiach

I’ve just came back from Zakopane – the capitol of Tatra Mountains. And I don’t know what I feel…
But I miss the mountain! I miss the feeling that a person is so small when he associates with wild nature.

And after a week I’m trying to return to work… HELP!!!


Highlanders and Tatra Mountains - old photos

Friday, April 13, 2007

Wednesday, March 21, 2007

Pierwszy dzień WIOSNY First day of SPRING

Wiedziałam, że tak będzie! WIEDZIAŁAM! Nie śpię od wczoraj... Niejaki PPC-D (Przedstawiciel Prawny Ciotki-Dorotki) po raz kolejny spowodował u mnie głęboką depresję lingwistyczną. Wpadł, zaszalał, wymyślił owe "palcyma" i dobił na całego. W naiwności swojej myślałam o "fyngers" lub coś równie głupiego, a w miarę czytelnego. Coś na kształt "hunny" od Kubusia. Kubusia Puchatka, oczywiście. A teraz siedzę i dołuję... A powinnam się cieszyć! Z cudownego pierwszego dnia wiosny, który powitany został pięknym, bielutkim śniegiem. No i z pięknego obrazu, który dostałam. Powinnam napisać kto jest autorem, bo jestem przekonana, że świat o nim usłyszy...

I knew it would come to this! I KNEW IT! I didn't sleep since yesterday... A-DLR (Aunt-Dorotka Legal Representative) caused my linguistic depression. He invented how to translate "palcyma" from Polish. I was thinking about "fyngers" or something like that. Like "hunny" from Winnie-the-Pooh. I'm broken down, but I should be happy! Today is the first day of spring and we have here beauty, white snow. I should be happy, beacuse I've received some great picture. And I should write the name of the author, because I'm sure he will be famous one day...

Sunday, March 18, 2007

Bilingual blog

Chyba muszę zacząć pisać swoje notki po polsku i angielsku. Tylko problemem będzie tłumaczenie zwrotów i wyrażeń, które wymyślam na poczekaniu…. No i poza tym mój angielski jest bardzo, bardzo cieniutki. Tak więc nie dość, że uprawiam ekshibicjonizm emocjonalno-psychologiczny, to jeszcze mam o tym pisać po angielsku. Poza tym obawiam się, że moje wygłupy polsko-pseudo angielskie nie zostaną bez komentarza u Przedstawiciela Prawnego Ciotki-Dorotki. Wejdzie taki, poczyta i najmniejsze potknięcie gramatyczne wytknie. A jak jakimś cudem gramatyka będzie w porządku to powie, że nie zaznaczyłam akcentów… I będzie próbował udowodnić, że nadal spożywam bigos palcyma… Błeeee… A tak z ciekawości: jak przetłumaczyć „palcyma” na angielski? Jak ktoś wpadnie na ten pomysł – zacznę pisać podwójnie. I zacznę wklejać zdjęcia. I miliardy obietnic składam tutaj :D

Friday, March 16, 2007

Handmade, Portugalia i Carlos Deza

Mój własnoręcznie "zalterowany" notes został dostarczony do Portugalii, do macati i jest na zdjęciu - można go sobie obejrzeć dokładnie :D Los, Przypadek czy Prawo Internetowego Prawdopodobieństwa połączył nas jeszcze raz w przyjemny sposób. I teraz podstawowy problem: jako mieszkanka Europy, w dodatku żyjąca na tym kontynencie od pokoleń - nie wiem NIC o Portugalii. Wstyd, wstyd, wstyd. I koniecznośc nadrobienia braków wiadomości.

A skąd Carlos Deza? Hmmm, nie zdradzę, ale warto go poznać ;)
Spotkać go można w trylogii G. Torrente-Ballestera "Blaski i cienie"


Monday, March 12, 2007

Poranek kojota

Poranek zapowiadał się świetnie: obudziły mnie delikatne promienie słońca i pewien tajemniczy zapach: słodka woń lawendy, miodu i anyżku, która każdemu kojarzy się z wróżkami i skrzatami. Zapach ów jest dowodem na istnienie tych przyjaznych, choć niewidocznych stworków. Gdy czujesz ten zapach, a dobre sny na paluszkach odchodzą w tylko sobie znane miejsca, WIESZ, że ten dzień będzie wspaniały. Mimo iż zapach znika w tak samo niewytłumaczalny sposób jak daktyle zostawiane na noc dla wrózek, skrzatów, chochlików, nic nie jest w stanie zepsuć takiego miłego dnia.
No, chyba, że ktoś się bardzo postara…
Kilka słów, pytanie zadane nieodpowiednim tonem i zapomniałam o wróżkach, skrzatach i zapachu. A ja stoję na początku tygodnia i marzę o weekendzie!! Choć przesądna nie jestem, ale jakoś nie widzę możliwości poprawy nastroju…

Sunday, March 11, 2007

Chińskie wyrzuty sumiena

W zasadzie stronię od polityki, ekonomii i głupoty ludzkiej. Ale czasem się nie da. Oczywiście na początku panuje hurraoptymizm, a dopiero potem zaczynam myśleć i analizować. Tak samo tym razem. Nagle ktoś przypomniał sobie, że produkcja w Chinach nie powstaje ot tak sobie, ale większość pochodząca z tego ogromnego kraju, to efekt użycia siły i dziecięcych rąk. Zbawcy ludzkości ogłosili bojkot na „chińszczyznę”: nie należy kupować produktów opatrzonych metką "made in China". Fakt, że ciężko takie zdobyć, ale nie jest to niemożliwe. Wpadłam więc w antychiński, bezrefleksyjny szał. Płaciłam bajońskie kwoty za rzeczy, które nie miały na sobie śladów pisma logosylabowego, co wcale nie oznaczało, że nie zostały stworzone nad Huang-ho...
A potem przyszedł czas na refleksję… Widzę to trochę inaczej niż ci, którzy zaczęli bojkot: miliony dzieci wyprodukuje miliardy sztuk sprzętu w niskich cenach – do Chin wpłynie gotówka. Jeżeli natomiast ta sama liczba dzieci wyprodukuje o połowę mniej sprzętu, bo kraje bogate zbojkotują i odmówią zakupów, to do Chin wpłynie o połowę mniej gotówki, a rząd nie zaprzestanie swojego terroru.
Zawieszona w próżni szukam wyjaśnienia i konkretnych argumentów za lub przeciw mojemu rozumowaniu. Tylko błagam o nie używanie słów „popyt” i „podaż”, bo ich nie pojmuję za Chiny.

Tuesday, March 6, 2007

Asertywność - sztuka mówienia "nie".

No tak, jak zwykle mówienie "nie" nie przynosi korzystynych efektów. Przynajmniej dla mnie. Zaczęło się niewinnie: Jedna Pani Drugiej Pani... blablabla. Rozmowa w miejscu publicznym na temat kwiatów w ogrodzie. "Ach! jakie piękne róże mam!" "Och! a ja mam piękne tulipany!" Potem podawały nazwy kwiatów - nie pamiętam żadnego :( I nagle:
- A pani, droga pani, jakie kwiaty ma w ogrodzie?
Rozglądam się, szukam adresata pytania. Oprócz mnie nie ma nikogo. Czyli wniosek: powinnam udzielić odpowiedzi na pytanie. Grzecznej odpowiedzi. Wdech, wydech. Jeszcze jeden wdech. Głęboki.
- Będę miała lawendę.
Widzę panikę we wzroku obu Pań. Jedna Pani patrzy i nie dowierza.
- A oprócz lawendy? - pyta, podnosząc tym samym i tak już gęstą atmosferę w pomieszczeniu.
- A to może stokrotki w trawie - strzelam. Stokrotki też kwiatki.
Mam taką nadzieję, że kwiatowa inwigilacja Obu Pań się zakończyła.
- Jak to tak? A forsycja? A malwy? Nie ma pani?
- Mam sosny. I jałowce.
- A w warzywniaku co Pani sadzi, droga pani? - drąży temat Druga Pani.
- Nooo.... - chwila zastanowienia - miętę, bazylię, rozmaryn...
Oczy Pań Jednej i Drugiej spodkowacieją.
Nadchodzi ten moment, w którym należy szanując Obie Panie, powiedzieć nie.
- Szanuję ogródki Pań i Panie same, ale ja nie mam ogródka. Mam las - full kultury, taktu i tylko lekkie drżenie warg zdradza, że jestem kilka sekund przed wybuchem.
- JAK TO TAK? - Obie Panie przeszły szkolenie treningu interpersonalnego i wiedzą, że powinno się podtrzymywac rozmowę.
Wdech, wydech. Decyzja o zakończeniu rozmowy:
- NIE będę miała ogródka! NIE będę miała róż! NIE posadzę tulipanów! NIE uprawiam warzyw! - i ciśnie mi się na usta cytat z ostatniego Jamesa Bonda: " W dupie to mam", ale na szczęście milknę, bo przerażone moim wybuchem Panie wychodzą z pomieszczenia.
A ja mam czas na przemyślenia... i dochodzę do wniosku, że nie można być asertywnym bez odrobiny chamstwa...

Monday, March 5, 2007

Być kobietą....

Rano wstałam z mocnym postanowieniem, że od dzisiaj będę kobietą. Taką słodką, milusią i w ogóle innym rodzajem. Nastawiłam budzik 20 minut wcześniej niż zwykle. Żeby strzelić makijaż, a jak! Jednak patrząc na budzik i koszmarnie wczesną porę, postanowiłam swoją metamorfozę zacząć od południa. Przecież nie makijaż jest podstawą kobiety. Praca minęła szybko i bez większych niespodzianek. Po pracy, w ramach porannych postanowień, poszłam do sklepu. Trochę się dziwnie czułam, ale stosując zasadę "trza być twardym, nie miętkim" stanęłam koło lady vis a vis pięknej pani i mówię:
- Poproszę spódnicę. - Kobiety noszą spódnice! I są piękne w tych spódnicach!
- Ale jaką? - z ironicznym półuśmiechem pyta słodka sprzedawczyni.
No jak to JAKĄ?
- Długą - odpowiadam. Prawdziwe kobiety noszą tylko długie spódnice. Co? Nie wie tego? Jakim prawem zatem pracuje w sklepie z ubraniami dla kobiet?? No nieeeeeee!!!!
Panienka za ladą patrzy jakbym właśnie wróciła z podróży w czasie, i to bynajmniej nie z przyszłości. Ale fakt - trzeba jej przyznać - stara się być miła. Dopytuje o fason, kolor, długość i inne szczegóły. Lipa totalna, bo nie potrafię udzielic jej zbyt wielu odpowiedzi. Bo ja przecież chcę SPÓDNICĘ. Po prostu spódnicę. HAWK.
Patrzę na słodziutką panienkę i pytam co myśli o komecie zbliżającej się do Ziemi. Panienka nie myśli. Tak przynajmniej mówi. Dochodzę do wniosku, że w obliczu nadchodzącej katastrofy niekoniecznie potrzebna mi spódnica. Życzę panience miłego dnia i wychodzę ze sklepu, w którym miałam się przeobrazić w kobietę. Na poprawę humoru robię zdjęcie moich ulubionych drzwi i zaczynam żałować, że nie wiem jak to jest: być kobietą :(
Kto mi opowie?